Goorsky

wtorek, 29 września 2009

Pararecenzja słuchawek

Wielokrotnie w moim życiu zdarzała się sytuacja związana ze zdefiniowanym jedynie przeze mnie tzw. „paradoksem słuchania”. Występowanie tego zjawiska może doprowadzać do nieporozumień, większych kłótni - czy nawet wojen. Zajmując się „swoimi sprawami” udajemy, że kogoś słuchamy... a na pytanie {wstawić tu, kogo tam wolicie) zadane w następujący sposób: „no to słuchasz mnie czy nie?” odpowiemy „no przecież, że Ciebie słucham... jak mógłbym Ciebie nie słuchać” i w sposób uroczo-beztroski zmarszczami brwi. Skutkiem w dzieciństwie były zawsze nie wyniesione śmieci, a w życiu dorosłym zdziwienie, które pozwolę sobie zaprezentować następującą sytuacją:

  • Mąż: „Kochanie, to ta jędza, wyczohrana ciocia Zocha idzie z nami do kina?
  • Żona: „Przecież Ci mówiłam... odpowiedziałeś, że mnie słuchasz....

A pomyślcie co będzie, gdy takie niedomówienia nastąpią w polityce zagranicznej....


Chciałbym jednak wrócić do istoty... Otóż w zalewie wszechobecnych dźwięków nasz wmontowany w organizm filtr przestaje się sprawdzać. Ile razy przekonałem się, że słuchając muzyki na słabiutkich słuchawkach kompletnie nie odróżniałem słów od otoczenia. Może w tym miejscu ktoś zadać pytanie: „eee... a dlaczego właściwie mam to odróżniać?”. Jeśli tak uważasz, to jesteś najprawdopodobniej fanem techno, ignorantem lub idiotą i recenzja nie jest skierowana do Ciebie. W takim wypadku zalecam wizytę u psychologa (a Ci państwowi nawet są darmowi). Przyjmuję więc, że słuchasz muzyki nie dlatego, że jesteś uzależniony od hałasu, ale dlatego, że chcesz poszukać czegoś nowego, przejść do krainy dźwięków. Posłuchać tekstu i wydobyć z niego coś dla siebie. Zresztą... co to za słuchanie dla samego słuchania... Nawet jeśli słucham muzyki „w tle” to musi być to odpowiednia muzyka... Ciekawe, że ludziom przeszkadza wiercenie w ścianie sąsiada, ale przedawnione hity z RMFu to mogą lecieć całe dnie, a nawet noce. W skrajnych przypadkach próbuje się zachęcić do słuchania tej stacji również sarny, dziki, wiewiórki i żuczki gnojarki podczas wyprawy na „spokojny, letni urlop”. Dobrze, że ryby... jak to ryby nie mają nic do powiedzenia w tym temacie.


Parę lat temu rozpocząłem poszukiwanie słuchawek, które dadzą mi ten komfort i umożliwią wyciągnięcie maksimum ze słuchanych utworów. Zresztą te, również wybieram nieprzypadkowo. Trochę tęsknię za czasamy Discmana, można było wtedy faktycznie posłuchać muzyki odtwarzanej w najbardziej wierny sposób, dziś pozostaje mp3/aac i brzmiące niezachęcająco kbps. Zaczynałem od Sony, Philipsa itp. Nie było najgorzej, ale wciąż „to nie było to”. Z ograniczonym budżetem ciężko coś szukać. Wtedy zostałem namówiony do zakupu pierwszych w moim życiu Sennheiserów, dokładniej MM50. Dziś oceniłbym je na „jako takie”, ale wtedy... były oszałamiające. Z bólem wydałem na nie 50zł, zazwyczaj mój budżet nie mógł sobie pozwolić na wydatek słuchawkowy wyższy niż 30zł. Po 2 latach zdecydowałem się na MX560, zaszalałem... 80zł. I zrozumiałem, że tak zrodził się mój szacunek i umiłowanie do tej firmy. Dzięki tym słuchawkom mogłem iść na wieczorny spacer do parku i delektować się świeżo wydaną płytą dajmy na to... Kanału Audytywnego. Po jakimś czasie wymieniłem swoje domowe Creativy na JBL i tej decyzji wciąż nie żałuję. Warto stawiać na firmę, która zajmuje się jednym rynkiem. Creative pasuje bardziej do „średniaków”, robiąc to... i owo. Sennheiser robi słuchawki. I robi to dobrze. Moim zdaniem najlepiej.




Całkiem niedawno, bo podczas wakacji zdecydowałem się na zakup dedykowanego do iPhone zestawu Sennheisera. Zestaw ten dostępny jest w kolorze białym i czarnym. Na allegro dostępnych jest mnóstwo podróbek, dlatego odradzam tam zakupy. Sam postawiłem na sklep 3kropki.pl, którego nie zawaham się polecić. Cena jest dla studenta przerażająca... 200zł. „Że niby, za co?”. Za tą cenę otrzymujemy słuchawki, które umożliwiają sterowanie urządzeniem, na bardzo wygodnym, niesymetrycznym kablu. Słuchawki wykonane są solidnie, z pozłacaną wtyczką oraz kilkoma rozmiarami „gumek” albowiem są to słuchawki dokanałowe. I ta ostatnia właściwość była dla mnie najbardziej zastanawiająca, zawsze trzymałem się z dala od dokanałówek. Jak się okazuje, mają one swoje wady i zalety. I najważniejsze... dźwięk. Nie jestem fachowcem ze sklepu muzycznego, mogę po prostu powiedzieć że to są najlepsze słuchawki douszne jakie w życiu słyszałem. Piękny i głęboki bas, który nie jest kartonowym dudnieniem. Szeroka scena. Słuchaki wytrzymują również bardzo wysokie tony, choć tutaj mogłoby być „ciut” lepiej. Jest pewien poziom „piania”, gdzie kończy im się zasięg. Nie sądzę jednak, abyście słuchali Mazurka w wykonaniu Edyty Górniak, więc spokojnie wystarczy.


Pierwsze wrażenie po założeniu jest następujące: „źle założyłem, trzeba chyba poprawić gumkę” (wiem, brzmi dwuznacznie...). Potem jest już tylko dobrze, choć lepiej jest urodzić się z bardziej standardowymi i symetrycznymi uszami... Inaczej trochę trzeba je dopasować i powyginać żeby wszystko ładnie pasowało. I to jest właśnie wadą dokanałówek, że źle założone brzmią jak polne kłosa podczas wichury. Po wszystkich operacjach związanych z zakładaniem i ustawianiem można odpalić jakąś mp3 w lepszej jakości (iTunes Plus czy jakoś tak). Ja osobiście poczułem się, jakbym miał w tych słuchawkach jakiś konkretny subwoofer i jednocześnie odczułem bół związany z rozsadzaniem mózgu. Chwila sprawdzenia... należało zmniejszyć głośność z 90% do 60% i już można odpłynąć do innej rzeczywistości. Dziwi mnie brak dołączonego jakiegoś choćby małego pokrowca, szczególnie, że w MX560 dają taki bardzo fajny, udający skórzany. Uważam to za bardzo nieładne posunięcie. Z pewnością nie wszyscy docenią moc drzemiącą w tych słuchawkach, jeśli jednak poszukujesz mostu do nowych muzycznych doświadczeń cena nie będzie barierą. Nie muszą być to koniecznie wymienione Sennheisery, może KOSS? Zdecydowanie jednak potwierdzam - warto mieć dobre słuchawki, nie warto żyłować na nie pieniędzy. Życzę trafnych decyzji, udanego odbioru i częstych wypraw do krainy dźwięków.

Obserwatorzy